Edwin Bendyk
SPRZECZNOŚCI KAPITALIZMU KOGNITYWNEGO

Miało być dobrze, z każdym dniem coraz lepiej. Peter Schwartz i Peter Leyden, prominentni amerykańscy futuryści ogłosili w 1999 r. znamienny tekst "The Long Boom: A History of the Future, 1980-2020", rozwinięty szybko w książkę pod podobnym tytułem. Autorzy przekonywali, że świat stanął przed niepowtarzalną możliwością trwałego rozwoju kreśląc optymistyczne perspektywy sięgające 2020 r.
Przesłanki do ich radosnego scenariusza były proste i oczywiste. Nowa historia zaczęła się w wraz z dekadą lat 80. XX wieku. Na scenie pojawiły się komputery osobiste i jednocześnie światły rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował o podziale monopolu AT&T. Rozpoczęła się nowa epoka polegająca na decentralizacji przemysłu i przetwarzania informacji.
Mało kto wówczas rozumiał konsekwencje tych decyzji, a jednak, jak przekonują Schwartz i Leyden, stały się one podstawą nowej rewolucji społeczno-gospodarczej, która doprowadziła do narodzin społeczeństwa sieciowego i usieciowionej gospodarki. Te zjawiska w połączeniu z procesami geopolitycznymi, czyli upadkiem komunizmu w 1989 r. przyspieszyły integrację świata. Upadek Żelaznej Kurtyny otworzył na oścież bramy do kapitalistycznego raju przed miliardami wygłodzonych barbarzyńców ze Wschodu.
W efekcie nastąpiło cudowne połączenie wielu prowzrostowych czynników. Po pierwsze, nastąpił cyfrowy przełom technologiczny udostępniający nowe narzędzia wzrostu produktywności pracy intelektualnej. Tym samym zwiększył się potencjał innowacyjny zinformatyzowanych społeczeństw. A więcej innowacji to wzrost wydajności gospodarki i szybszy rozwój. Po drugie, rozwój sieci telekomunikacyjnych na skutek deregulacji i demonopolizacji otworzył możliwość łatwego i taniego dzielenia się informacją, co znakomicie przyspieszyło proces dyfuzji innowacji i wiedzy. W końcu globalna integracja świata otworzyła rynki na przepływ kapitału, towarów, pracy i usług.
Ba, stało się coś jeszcze ważniejszego, co dostrzegli w 1994 r. autorzy manifestu "A Magna Carta for the Knowledge Age". Pisali w nim: "Głównym wydarzeniem 20. wieku jest triumf nad materią. W technice, gospodarce i polityce narodów bogactwo rozumiane jako forma zasobów fizycznych zaczęło tracić wartość i znaczenie. Siły umysłów wyrastają wszędzie ponad nagą siłę rzeczy". Co najważniejsze, tekst zaczynający się tymi słowami był przedwyborczą deklaracją amerykańskiej Partii Republikańskiej, która pod sztandarem dematerializacji odniosła w 1994 r. w wyborach do Kongresu historyczne zwycięstwo, zyskując po długich wakacjach większość.
Rzeczywistość szybko potwierdziła siłę polityczno-cywilizacyjnej wizji republikańskiej "Magna Carty". Już rok później oszałamiający debiut giełdowy spółki Netscape zainicjował epokę Nowej Gospodarki, która ze względu na swój niematerialny charakter miała charakteryzować się odmiennymi cechami, niż klasyczna gospodarka przemysłowa. Gospodarka rzeczy z definicji jest bowiem ograniczona dostępnością fizycznych zasobów. Gospodarka niematerialna jest potencjalnie nieograniczona, bo zależy od podaży idei. Jedyną ewentualną barierą jest popyt na rosnącą podaż dóbr symbolicznych oraz możliwości finansowania pożądanego popytu.
Na każdy z tych problemów odpowiedzią są innowacje. Innowacje finansowe polegające na kreowaniu kolejnych instrumentów umożliwiających obsługę pragnień konsumentów za pomocą coraz subtelniejszych mechanizmów kredytu i zadłużenia. Innowacje marketingowe polegające na erotyzacji popytu i powiązanie pragnień konsumenckich z pożądaniem, które nie zna zaspokojenia. Francuski filozof Pascal Bruckner przekonuje w swych analizach dotyczących społeczeństwa hiperkonsumpcyjnego, że postać współczesnego uczestnika rynku prefiguruje markiz de Sade. Niekończące się akty ejakulacji w coraz to nowszych, bardziej perswersyjnych wydaniach to nic innego, jak wizja społeczeństwa nieustannie konsumującego. By zabawa się nie znużyła, cała innowacyjna energia idzie w poszukiwanie "wyjątkowości", masowe wytwarzanie wyjątkowych wrażeń zdolnych zaspokoić kolejne zachcianki.
Nie wszyscy dali się zwieść nowej gnozie głoszącej ostateczny triumf nad materią i możliwość budowy raju na ziemi. W tym samym czasie, gdy powstawała "Magna Carta for the Knowledge Age", na półki księgarń trafiały bardziej sceptyczne analizy głoszące, że rozwój gospodarki niematerialnej idący w parze z dezindustrializacją w krajach rozwiniętych oznaczać musi nadejście świata 20/80, w którym pracy starcza dla zaledwie ułamka zdolnej do zawodowej aktywności populacji. Jeremy Rifkin zwiastuje "Koniec pracy", lecz zwolennicy nowej gnozy nie ulegają czarnowidztwu.
Teza o końcu pracy to bzdura, przekonują. Owszem, musi nastąpić restrukturyzacja podobna do tej, jak w okresie transformacji społeczeństwa rolniczego do przemysłowego, kiedy masy chłopów przeniosły się do miast stając przy fabrycznych taśmach. Dziś czas najwyższy, by odejść od taśm i zająć stanowiska w sektorach usług i przemysłach kreatywnych. Potęga innowacji i nieograniczonego popytu spowoduje, że stanowiska związane z pracą materialną z nawiązką zostaną zastąpione przez możliwości pracy niematerialnej.
Do kryzysu roku 2008 statystyki zdawały się potwierdzać słuszność tej tezy. W Stanach Zjednoczonych, najbardziej awangardowej gospodarce świata, ekonomiczna machina pracowała w stanie niemal pełnego zatrudnienia. Mniejsza o to, że jego struktura radykalnie się zmieniła w stosunku do epoki przemysłowej. Dobrze płatne miejsca pracy w przemyśle zostały zastąpione słabo płatnymi posadami w handlu i prostych usługach. Rozwinął się też sektor usług zaawansowanych, w sektorach kreatywnych, oferujących wysokie dochody i jednocześnie jeszcze wyższe ryzyko związane z płynnością rynku.
Jeśli popatrzeć na amerykańską gospodarkę w pierwszej dekadzie XXI wieku, to widać wyraźnie, że rozwijała się ona głównie za sprawą dwóch sektorów: finansów i tzw. copyright industries, czyli gałęzi gospodarki kreatywnej (wliczając w to sektor produkcji oprogramowania komputerowego). To te sektory odpowiadały za ok. 80 proc. dynamiki wzrostu amerykańskiego PKB. Pozostałe sektory, jak przemysł lotniczy, chemiczny, samochodowy w najlepszym razie utrzymywały się na powierzchni. Trudno o lepszy dowód na słuszność tezy, że nadszedł czas Nowej, Niematerialnej Gospodarki.
Co więc zaczęło się dziać w 2008 r., po przygrywce w 2007 r. związanej z kryzysem kredytów hipotecznych w Stanach Zjednoczonych? Lub inaczej, jak to możliwe, że groźna gnoza utrzymywała się tak długo, a i dzisiaj, mimo że jej założenia zostały brutalnie zweryfikowane przez życie, trzyma się ciągle wyjątkowo mocno? W jaki sposób tak wielu poważnych ludzi w kluczowych miejscach życia publicznego na całym świecie dało się tak łatwo zaczarować wizją kapitalistycznego raju na ziemi?
Pytanie warte niejednej już napisanej książki. Każda jednak sensowna odpowiedź musi polegać na stwierdzeniu, że w ostatnich dekadach XX wieku wytworzyło się sprzężenie systemowe odpowiadające politycznym, ekonomicznym i funkcjonalnym interesom aktorów globalnego układu sił, które na dodatek znalazło uzasadnienie teoretyczne w postaci neoklasycznej doktryny ekonomicznej i ideologiczne w postaci "nowego ducha kapitalizmu".
Interes polityczny wynikał z konieczności spłaty długów związanych z wojną Stanów Zjednoczonych z Wietnamem. Uregulować je można było w jeden, sprawdzony już m.in. przez cesarza Karola V sposób - inflację. Wystarczyło tylko "zdematerializować" system finansowy, odrywając kurs dolara od złota, co nastąpiło za sprawą decyzji Richarda Nixona w sierpniu 1971 r. Dekada lat 70. XX wieku to okres hiperinflacji i dwóch kryzysów naftowych. Hiperinflacja z jednej strony umożliwiła zmniejszyć zadłużenie USA, jednocześnie jednak jako zjawisko społecznie niezbyt przyjemne zalegitymizowała podejście monetarystyczne do finansów publicznych, którego celem jest walka z inflacją za wszelką cenę, choćby nawet kosztem wzrostu gospodarczego i zatrudnienia.
Cóż, taki pogląd na inflację nie wynika jedynie z mądrości, lecz grupowego interesu pokolenia baby-boomers, czyli urodzonych w okresie powojennego wyżu demograficznego. W latach 70. byli jeszcze zbyt młodzi, by obchodziła ich inflacja. Już jednak w latach 80. przedstawiciele tego pokolenia dojrzało na tyle, by dostrzec, że to właśnie inflacja jest największym wrogiem ich emerytur. Z kolei to właśnie pokolenie stanowi ze względu na swą liczebność siłę wystarczającą, by swe troski zamieniać w polityczną rzeczywistość.
To także pokolenie, które przeżyło rewolucję 1968 r. i wniosło do życia jej wartości, które szybko odkrył nowy kapitalizm. Jak wykazują francuscy socjologowie Luc Boltanski i Eve Chiapello, to co było wyrazem krytyki kapitalizmu w latach 60., stało się integralną częścią jego "ducha" od końca lat 80. Indywidualizm, możliwość samospełnienia, duch kreatywności wypełniły język podręczników zarządzania. Praca na etat? Czyż nie lepiej być "twórcą samego siebie" i przedsiębiorcą swojego losu, wolnym od hańbiących relacji pracownik-pracodawca?
Hasła roku 1968 stały się podstawą ideologii neoliberalnej, która promuje pełną prywatyzację zasobów, ryzyk i odpowiedzialności. Stąd prywatyzacja systemów emerytalnych i upowszechnianie własności indywidualnej, tak by istniejące podziały klasowe zniknęły i powstała jedna klasa skupiająca rentierów i właścicieli, żyjących w coraz mniejszym stopniu z pracy fizycznej, a w coraz większym z akumulacji kapitału na prywatnym rachunku inwestycyjnym, ze wzrostu wartości majątku nieruchomego i pracy twórczego intelektu.
Oczywiście, byłyby to tylko teoretyczne dywagacje, gdyby nie nastąpiła zmiana strukturalna polegająca na wspomnianej już globalnej integracji po upadku Żelaznej Kurtyny. Teoretyczna możliwość stała się kuszącą realnością - praca fizyczna wyemigrowała do krajów rozwijających się, w ślad za kapitałem który wędruje po świecie szukając największej stopy zwrotu z inwestycji. Czyli miejsc, gdzie praca jest tania, jakość kapitału ludzkiego relatywnie wysoka i nie trzeba ponosić kosztów zewnętrznych, choćby tych związanych z ochroną środowiska.
W efekcie tego otwarcia światowej gospodarki mieszkańcy krajów rozwiniętych odczuli potrójny pozytywny impuls: obniżenie cen dóbr materialnych, wzrost wartości na rachunkach inwestycyjnych w swoich funduszach kapitałowych i emerytalnych, a w konsekwencji także, wzrost wartości nieruchomości. Idealna sytuacja, by zająć się pracą twórczą i niematerialną, w dużej mierze jak przekonywał Karol Marks, bezproduktywną. Tyle tylko, że uwagi Marksa wynikały ze znanej mu teorii wartości, która w poprzemysłowej gospodarce usieciowionej straciła sens. Jak wyjaśnia Manuel Castells, najważniejszy teoretyk społeczeństwa sieciowego: "Stare pytanie społeczeństwa przemysłowego - w istocie kamień węgielny klasycznej ekonomii politycznej - <> nie znajduje definitywnej odpowiedzi w globalnym społeczeństwie sieci. Wartością jest wszystko to, co jest przetwarzane w każdej z dominujących sieci w każdym momencie i w każdym skrawku przestrzeni zgodnie z hierarchią zaprogramowaną w sieci przez oddziałujących na sieć aktorów. Kapitalizm nie zniknął. W rzeczywistości jest bardziej przenikający, niż kiedykolwiek. Nie jest jednak, wbrew powszechnej ideologicznej świadomości, jedyną grą rozrywaną w globalnym mieście."
Mówiąc prościej, wartość jest wyrazem władzy. Wartość dodatkowa, jaką przejmuje koncern Apple za swoje iPady i iPhony nie wynika jedynie z innowacyjnego geniuszu śp. Steve'a Jobsa lecz jest pochodną pozycji tej firmy w globalnym podziale pracy. Ta pozycja zaś w dużej mierze jest pochodną hegemonicznej roli Stanów Zjednoczonych. Kilkaset dolarów, jakie ma Apple z każdego gadżetu wystarczają, by zarówno opłacić pracowników niematerialnego sektora kreatywnego odpowiedzialnych za design, software, etc., jak i odłożyć w kasie. Taka gra jest jednak możliwa dlatego, że jak to wyjaśnił przed laty Thomas L. Friedman w książce "Lexus i drzewo oliwne (podaję w wolnej relacji): żyjemy w nowym ładzie światowym, któremu na imię globalizacja, którego ideologią jest wolny rynek, gdzie za siecią McDonald's kryje się widzialna pięść US Army uzbrojona w myśliwce McDonell-Douglas.
Pojawia się już pierwsza wskazówka prowadząca do szukania odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie o źródło kryzysu: gdy słabnie władza, słabnie także zdolność do zbierania nadwyżki wartości dodatkowej wynikającej z pozycji w globalnym systemie. Kryzys 2008 r. to wynik błędnej kalkulacji popełnionej przez amerykańskie elity polityczne. Jak pamiętamy, George W. Bush w odpowiedzi na recesję pierwszych lat XXI wieku, spowodowaną pęknięciem internetowej bańki giełdowej i atakiem na WTC 11 września 2001 r., zachęcał Amerykanów, by wzmogli wysiłki konsumpcyjne napędzając w ten sposób gospodarkę. By zaś wzmóc siłę nabywczą Amerykanów, postanowił udowodnić, że USA nadal są hegemonem dysponującym globalną władzą i zasługującym z tego tytułu na premię.
Wojna w Iraku zweryfikowała negatywnie to roszczenie, na dodatek Bush nie mógł zastosować tego samego lekarstwa na rozdęte zadłużenie, jak Nixon - spłata długów przez inflację nie miała szans. Do tego wszystkiego ujawniła się inna ponura prawda, o której pisał Andre Gorz, jeden z najważniejszych teoretyków gospodarki i pracy niematerialnej. "Wiedza otwiera więc perspektywę ewolucji gospodarki w kierunku gospodarki obfitości, to znaczy w kierunku gospodarki, w której produkcja wymagająca coraz mniej pracy bezpośredniej, dystrybuuje coraz mniej środków płatniczych. Wartość wymienna produktów maleje i prędzej lub później doprowadzić musi do zmniejszenia wartości pieniężnej wyprodukowanego bogactwa, a więc także do zmniejszenia zysków. Gospodarka obfitości zmierza sama z siebie w kierunku gospodarki darmochy i w kierunku form produkcji, współpracy, wymiany i konsumpcji opartych na wzajemności, wspólnotowości oraz nowych formach pieniądza. <> to kryzys kapitalizmu w pełnym tego słowa znaczeniu."
Mówiąc inaczej, kapitalizm kognitywny oparty na eksploatacji niematerialnej pracy kognitywnej nie może istnieć jako kapitalizm, bo taka forma eksploatacji pracy żywej polegająca na utowarowieniu intelektu, afektów, twórczości i aktów ludzkiej komunikacji jest niemożliwa do utrzymania ze względów zarówno makroekonomicznych, jak i psychologicznych. Prekaryzacja pracy, proletaryzacja zawodów kognitywnych na skutek standaryzacji i automatyzacji to tylko symptomy choroby systemu społeczno-gospodarczego przełomu stuleci. Rozpoczęty w 2007 i 2008 r. kryzys ujawnił, że choroba wkroczyła w śmiertelne stadium, co ogłosił m.in. Immanuel Wallerstein. Ciągle jednak boimy się nawet samej diagnozy, dlatego też proponowane w głównym nurcie rozwiązania nie mogą być skutecznym lekarstwem. Problemów prekariatu nie rozwiąże zmiana prawa pracy, bo wszystko wskazuje, że podtrzymywanie systemu w podobnej postaci prowadzić może jedynie do dalszego zmniejszenia podaży pracy i jej chronicznego braku.
Rozsądniejsze już wydają się koncepcje neoindustrializacji pojawiające się w Wielkiej Brytanii i Niemczech, mówiące, że potrzeba odrzucić neoliberalną gnozę i powrócić do gospodarki realnej, stanowiącej podstawę dla nowego, zielonego kapitalizmu opartego na nowej, rozproszonej infrastrukturze energetycznej, większym wykorzystaniu kapitału społecznego i zasobów lokalnych. Niezależnie jednak od pomysłów na przyszłość, cena za gnostyckie zachłyśnięcie w ostatnich dekadach będzie bardzo wysoka.

EDWIN BENDYK (1965) jest publicystą zajmującym się wpływem technologii na życie społeczne. Publikuje w tygodniku "Polityka". Członek założyciel Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Wykłada w Collegium Civitas i Centrum Nauk Społecznych Państwowej Akademii Nauk. Dyrektor Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas oraz członek Rady Fundacji Nowoczesna Polska. Autor książek: Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności (2002); Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci (2004) i Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu (2009).