Jan Sowa
DŁUG, CZYLI WIDMO BOGACTWA

Handlarze nicości
"Czym jest pieniądz?". Od takiego filozoficznego pytania rozpoczyna się broszura Modern Money Mechanics wydana przez Bank Rezerwy Federalnej w Chicago. A dalej przeczytać możemy: "Pieniądz to tak pospolity element codziennego życia, że jego istnienie i powszechne obowiązywanie zazwyczaj przyjmuje się za coś naturalnego i oczywistego. Jego użytkownikom wydaje się, że pieniądze muszą powstawać automatycznie lub, ewentualnie, jako wynik działalności gospodarczej oraz jakiegoś rodzaju rządowych manipulacji. Jednak, jak to dokładnie przebiega, zazwyczaj pozostaje tajemnicą"[1].
Rzeczywiście, na pytanie: "Skąd bierze się pieniądz?", większość z nas zareagowałoby wzruszeniem ramion i odpowiedzią podobną do tej, której udzielają kilkuletnie maluchy zapytane, skąd biorą się dzieci: z banku (przynoszą je bociany), powstaje sam (znajdujemy je w kapuście), robi je rząd (z brzucha mamy) itp. Jeśli w konstatacji autorów broszury jest coś zaskakującego, to tylko filozoficzny ton, którym technokraci z chicagowskiego banku rozpoczynają swój, poza tym dość suchy, wykład na temat sposobu funkcjonowania systemu rezerw częściowych (ang. fractional reserve banking). Mają jednak rację. Pieniądz stał się dzisiaj czymś tak zadziwiającym i kontrintuicyjnym, że zrozumienie jego istoty oraz mechanizmu funkcjonowania to zadanie o iście filozoficznym charakterze. I nie chodzi tu bynajmniej o często wspominaną wirtualizację pieniądza. To oczywiście prawda, że tylko niewielka część pieniądza ma namacalną postać banknotów lub monet, a dokładnie - jak możemy dowiedzieć się ze wspomnianej powyżej publikacji - w 1991 roku z sumy wszystkich istniejących 898 miliardów dolarów, gotówka stanowiła tylko nieco ponad 30 procent[2], reszta natomiast miała postać zapisów w bankowych księgach rachunkowych (czyli de facto komputerach). Kwestia ta ma pewne znaczenie dla mechanizmu kreacji pieniądza, ale jest ona wyłącznie techniczna i z tego powodu ma znaczenie tylko drugoplanowe. Płacąc gotówką i używając elektronicznej karty debetowej (ale już nie kredytowej), wymieniamy tak naprawdę to samo - istniejące w obiegu pieniądze. Ale co to jest? Czym jest to coś, co wymieniamy, gdy wymieniamy pieniądze. No właśnie - w tym tkwi zasadniczy filozoficzny problem - wymieniamy bowiem nic. Trudno jest to nawet ubrać w odpowiednią formę językową - nie wymieniamy niczego, wymieniamy jak najbardziej coś, ale to coś to w sensie ekonomicznym "nic". Chciałoby się nawet powiedzieć za Heideggerem, że "byt bytuje", "nicość nicuje", a "pieniądz pieniądzuje", bo modus jego egzystencji wymyka się naiwnej ontologii dzielącej świat na "coś" i "nic". Owo "nic" daje się dość dobrze opisać, ale nie językiem standardowej ekonomii, chociaż "pieniądz" to jedna z jej podstawowych kategorii teoretycznych. Dlatego właśnie filozoficzne pytanie i równie filozoficzna konstatacja, od której rozpoczyna się broszura Banku Rezerw Federalnych, są jak najbardziej na miejscu. Współczesny pieniądz jest "niczym" - widmem, fantomem, urojeniem. Jedyna ekonomia, która jest w stanie uchwycić jego naturę, to ta sama ekonomia, do której teoretycy kultury sięgają, gdy mówią o widmach, duchach i złudzeniach: ekonomia libidalna[3]. Pod jej spojrzeniem fantomowy pieniądz objawia swoją skrzętnie skrywaną naturę: jest tylko i wyłącznie pewną organizacją rozkoszy, ale - paradoksalnie - nie rozkoszy naszej, ale rozkoszy Innego, która zgodnie z procedurami interpelacji ideologicznej kształtuje podmiotowości wytwarzające pieniądz i ustanawia jedyny standard, z którym sprzężona jest dzisiaj wartość pieniądza - fantazmat. To właściwie najprostsza filozoficzna odpowiedź na pytanie, czym jest dzisiaj pieniądz.

Cykle pieniądza
Nie zawsze tak jednak było. Ludzkie społeczeństwa od dość dawna (a przynajmniej od wczesnego antyku) znały dwa rodzaje pieniądza: twardy i miękki. Pieniądz twardy to taki, którego wartość da się zawsze sprowadzić do czegoś rzeczywistego, namacalnego, materialnego. Jego rolę odgrywały najróżniejsze rzeczy, od muszelek w zamierzchłej przeszłości, poprzez szlachetne kruszce - głównie złoto i srebro - w okresie większości znanej nam historii, aż po czekoladę i papierosy w Niemczech zaraz po drugiej wojnie światowej[4]. Pieniądz miękki nie posiada takiej materialnej wartości i jest jedynie wyrazem czyjejś woli lub obietnicy, której wystarczająco dużo ludzi postanowiło zawierzyć lub zostało do tego zmuszonych, jak w przypadkach, gdy władca siłą egzekwuje od swoich poddanych obowiązek akceptacji i używania emitowanych przez siebie pieniędzy. Okresy, gdy w obiegu znajdował się jeden lub drugi rodzaj pieniądza, przeplatały się ze sobą, jednak pieniądz twardy tryumfował przez większą część historii. Pieniądz miękki pojawiał się najczęściej w efekcie jakiegoś rodzaju kryzysu, na przykład w momentach, gdy skarb królewski był pusty i trzeba było go napełnić, a najprostszym rozwiązaniem była produkcja własnego pieniądza (liczne przykłady z czasów średniowiecza), gdy wojna zmuszała rządy do szybkiego zgromadzenia dużej ilości gotówki (przypadek Stanów Zjednoczonych w okresie wojny secesyjnej i Europy w czasach drugiej wojny światowej) lub gdy widmo kryzysu skłaniało rządzących do szybkiej produkcji powszechnego bogactwa, jak miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Richarda Nixona, który oderwał dolara od standardu złota. Co jednak znamienne, tego rodzaju pieniądz zawsze funkcjonował krótko, prowadził do poważnych problemów gospodarczych (inflacja, dewaluacja, pauperyzacja, zastój gospodarczy) i stosunkowo szybko ustępował miejsca pieniądzowi twardemu. Najczęściej działo się tak wbrew dążeniom władców i rządów. Po prostu ludzie przestawali używać oficjalnego pieniądza i zamiast niego sami wprowadzali ponownie w obieg pieniądz twardy pod postacią złota, srebra lub czegoś innego, czego wartość nie zależy wyłącznie od decyzji rządu. Pod tym względem Chiny z czasów dynastii Ming niczym się nie różniły od współczesnych Stanów Zjednoczonych, gdzie w wyniku kryzysu pojawiają się oddolne postulaty wprowadzenia złota jako oficjalnej waluty[5].

Fantomowe pieniądze
Współcześnie żyjemy w fazie miękkiego pieniądza. Używa go właściwie cały świat. Jest to jednak sytuacja stosunkowo nowa, bo definitywnym wejściem w epokę pieniądza miękkiego był rok 1971, gdy Stany Zjednoczone odstąpiły od ustaleń Bretton Woods i porzuciły standard złota. Co więcej, dzisiejszy pieniądz ma bardzo szczególną naturę i różni się od miękkich pieniędzy wprowadzanych arbitralnie przez władców i rządy. Jest pieniądzem, którym tylko w połowie da się zarządzać, co różni go od innych podobnych mu pieniędzy podporządkowanych czyjejś woli (po angielsku nazywa się je fiat money, od łacińskiego "fiat", czyli "niech się stanie"). Łatwo jest ograniczyć jego podaż, ale trudno ją zwiększyć, czego konsekwencji doświadczamy w obecnym tak zwanym kryzysie finansowym. Aby uchwycić tę specyficzną, ściśle fantazmatyczną naturę, musimy cofnąć się do późnego średniowiecza, gdy w północnych Włoszech rozpoczęła się historia kapitalizmu. To właśnie tam, jak przekonuje Fernand Braudel, powinniśmy poszukiwać źródeł nowoczesnej gospodarki:

"Współczesny kapitalizm niczego nie wymyślił. Nawet dzisiaj nie można wynaleźć niczego, co nie miałoby precedensu w pomysłowości którejś z republik włoskich. [...] Weksle, kredyty, bicie monety, banki, terminowe transakcje sprzedaży, finanse publiczne, pożyczki, kapitalizm, kolonializm, lecz także niepokoje społeczne, wysoko kwalifikowana siła robocza, walka klas, krzywda społeczna, okrucieństwa polityczne - wszystko to istnieje tu już w zalążku.[6]".

Genialność Włochów, na której w dużej mierze opierał się ich sukces, polegała na doprowadzeniu do perfekcji instytucji skryptu dłużnego, czyli weksla. Rozwiązuje on jeden z podstawowych problemów działalności handlowej - tak zwany problem drogi powrotnej. Po dostarczeniu towaru do kontrahenta kupiec musi bezpiecznie przywieźć z powrotem uzyskane pieniądze. Transportowanie gotówki jest ryzykowne, nawet bardziej niż przewożenie towarów. Rozbudowany system międzynarodowej współpracy kupieckiej, który powstał w Europie na przełomie XIII i XIV wieku, dzięki instytucji weksla w sprawny sposób załatwiał tę kwestię. Kupcy w dwóch handlujących ze sobą miastach, zamiast płacić sobie w pieniądzu złotym lub srebrnym, wystawiali na siebie nawzajem weksle. Były one potem albo realizowane przez przedstawicielstwo firmy kupującego działające w mieście sprzedającego, albo w rozliczeniu znosiły się nawzajem.
Pojawienie się weksli było w historii europejskiej gospodarki momentem przełomowym, ponieważ dzięki nim działalność gospodarcza przestała być ograniczona niedoborami pieniądza naturalnego. Pieniądz zaczął być generowany samoczynnie w sposób proporcjonalny do wartości - w postaci usług lub towarów - których krążenie musiał obsłużyć. Gospodarka sama reguluje więc wytwarzanie smaru niezbędnego dla swojego funkcjonowania. Dlatego gdybyśmy chcieli szukać pierwszych śladów nowoczesnego kapitalizmu, to najstarszym zachowanym dokumentem z jego historii byłby najprawdopodobniej weksel podpisany przez niejakiego Bouromeo de Bouromei 9 marca 1325 roku w Mediolanie i opiewający na 45 funtów. Miał on następującą treść: "Pagate per questa prima litera (lettera) a di IX Ottobre a Luca do Goro, Lib. XLV. Sono per la valuta qui da Marco Reno, al tempo il pagate e poncte a mio conto e R. che Christo vi guarde"[7].
Wynalazek skryptu dłużnego znajduje się w samym sercu współczesnego mechanizmu kreacji pieniądza. Aby to dostrzec, musimy odkryć wreszcie istotę nowoczesnego pieniądza i odbyć nieco nudną, ale konieczną wycieczkę do królestwa finansów i bankowości. Nagrodą za nią będzie odpowiedź na sakramentalne wręcz pytanie: "Skąd się biorą pieniądze?".
Wbrew temu, co można by sądzić, przyglądając się prezesom banków narodowych, którzy na ekranach telewizorów prężą swe finansowe mięśnie i opowiadają o tym, jak ich instytucje dbają o dobrobyt społeczeństwa, za kreację pieniądza we współczesnym kapitalizmie wcale nie odpowiadają żadne centralne organy administracyjne. Na tym polega jednocześnie genialność i słabość obecnego reżimu finansowego, że mechanizm tworzenia pieniądza ma całkowicie rozproszony charakter i jest w zasadzie pewną procedurą realizowaną przez wielość (multitude) czy też raczej przez najbliższą prawdzie parodię tej wielości, na jaką stać kapitalizm. Ta wielość to konsumenci, a dokładnie konsumenci zaciągający kredyty. Pieniądz powstaje wtedy i tylko wtedy, gdy ktoś zdecyduje się zaciągnąć kredyt. Gdy używamy karty kredytowej, płacąc za kolację w restauracji, gdy kupujemy pralkę na raty, gdy bierzemy kredyt na samochód, mieszkanie czy cokolwiek innego - tworzymy pieniądz. To znaczy, oczywiście, tworzy go bank komercyjny, który udziela nam kredytu, ale robi to, ponieważ go o to poprosiliśmy i ponieważ w zamian za kredyt deponujemy w banku skrypt dłużny zobowiązujący nas do zwrócenia pożyczonej kwoty. To kwestia kluczowa i w większości źle rozumiana: bank nie pożycza nam pieniędzy, które ma, czyli tych, które ktoś w nim zdeponował. Bank, gdy udziela nam kredytu, dosłownie tworzy pieniądz, otwierając nam rachunek z określoną w umowie kredytową kwotą. Oczywiście nie może tego robić dowolnie. Ilość kredytów, których jest w stanie udzielić, pozostaje ograniczona liczbą aktywów, którymi dysponuje. Nie jest im jednak równa, ale znacznie ją przewyższa. O tym, jak bardzo ilość udzielanych kredytów może przewyższać ilość aktywów banku, decyduje bank centralny, określając poziom tak zwanych rezerw obowiązkowych. Od niego zależy, jaki procent aktywów bank komercyjny musi zamrozić w postaci rezerw w banku centralnym. W Polsce wynosi on dla przykładu trzy procent. Suma, która zostaje po odprowadzeniu rezerwy obowiązkowej, to całkowita wielkość kredytów, których może udzielić dany komercyjny.
Funkcjonowanie tego mechanizmu łatwo uchwycić na prostym przykładzie. Wyobraźmy sobie, że w Polsce jest tylko jeden bank komercyjny i dwoje obywateli. Pierwszy obywatel jest w posiadaniu całych pieniędzy, które znajdują się w obiegu - powiedzmy, że jest to 100 złotych - i deponuje je w banku. Od jego depozytu bank musi odprowadzić 3 złote do banku centralnego, a 97 może udostępnić w postaci kredytu dla drugiej obywatelki. Przy czym, gdy udziela jej kredytu, nie anuluje oszczędności pierwszego obywatela. A więc gdy druga obywatelka weźmie owe 97 złotych kredytu, całkowita suma pieniędzy wzrasta ze 100 złotych do 197. W ten sposób powstał nowy pieniądz. W momencie, gdy staje się on depozytem, bank musi znów odprowadzić od niego rezerwę do banku centralnego. Od 97 złotych odprowadza 2 złote i 91 groszy, co znaczy, że zostają mu 94 złote i 9 groszy, które może znów udostępnić w postaci kredytu. Gdy ktoś go weźmie, łączna suma pieniędzy wyniesie już 100+97+94,09, czyli 291 złotych i 9 groszy. I tak dalej. Granica możliwości kreowania pieniądza jest ściśle związana z wysokością stopy rezerwy obowiązkowej. Przy 3 procentach z każdej złotówki da się zrobić 33 nowe. Przy 10 procentach, tylko 10.

Che vuoi?
Stąd więc biorą się pieniądze: robią je banki, gdy zaciągamy kredyty. Ma to trzy istotne konsekwencje, które wykraczają znacznie poza nudną domenę bankowości i finansów: 1) pieniądz to dług, 2) pieniądz rozmnaża się tylko, gdy zaciągamy kredyty, 3) pieniądz - a zarazem bogactwo - to widmo. Chciałbym na koniec poświęcić trochę miejsca każdej z tych spraw.
Po pierwsze, kwestia długu. W czasach, gdy niespłacalne kredyty doprowadzają do bankructwa nie tylko największych banków, ale również suwerennych państw, trudno o bardziej aktualny temat. Jest on zresztą podejmowany we współczesnej teorii i krytyce społecznej. Wystarczy wspomnieć znakomite analizy Christiana Marazzi'ego czy Maurizia Lazzarata[8]. Obaj twierdzą, że dług wcale nie jest niespodziewaną anomalią i skazą na rysie kapitalistycznej obfitości, ale strukturalnym elementem funkcjonowania współczesnej gospodarki. Nawet na zupełnie podstawowym poziomie wydaje się to oczywiste: skoro pieniądz to dług, więc im więcej pieniędzy, tym więcej długu. Sumy łącznego zadłużenia - a więc długu publicznego, długu zagranicznego oraz zadłużenia prywatnego obywateli i przedsiębiorstw - najbogatszych państw i ich społeczeństw są porażające. Łączny dług Stanów Zjednoczonych wynosi 51 bilionów dolarów[9], czyli prawie 400 procent PKB. Na tym jednak paradoksy się nie kończą. Dług jest niezbędnym i strukturalnym warunkiem dostępności pieniądza w obiegu. Za każdym razem, gdy spłacamy ratę kredytu, trwale wycofujemy z obiegu jakąś ilość pieniądza. Aby do niego powrócił, ktoś musi znów zaciągnąć kredyt. Gdyby wszyscy co do ostatniego grosza spłacili wszystkie swoje długi i nikt nie wziąłby nowego kredytu, w obiegu nie pozostałaby ani złotówka. Ale - co jeszcze bardziej ironiczne - cały system jest skonstruowany tak, że nie ma w nim wystarczająco dużo gotówki, aby spłacić całą sumę zarówno długów, jak i odsetek. Całkowita likwidacja długu byłaby możliwa dopiero wtedy, gdyby banki upłynniły wszystkie swoje zyski od kredytów. Nie ma więc mowy o traktowaniu rosnącego długu jako patologii - zgodnie z logiką współczesnych finansów, jeśli gospodarka się rozwija, potrzeba coraz więcej pieniądza, aby ją obsłużyć, a ponieważ pieniądz to dług, potrzeba też coraz więcej długu. A więc dług to nic innego jak widmo bogactwa, a zarazem jego skrywany perwersyjny rewers.
Druga sprawa: ponieważ kreacja pieniądza następuje poprzez kredyty i dzięki nim, głównym sposobem oddziaływania na ilość pieniądza jest manipulowanie ilością kredytów - jej zmniejszanie bądź zwiększanie. Tu jednak zaczynają się schody. Jak mówią ekonomiści, można ciągnąć za sznurek, ale nie da się go pchać. O ile stosunkowo łatwo jest ograniczyć ilość możliwych do udzielenia kredytów - wystarczy, że bank centralny zwiększy stopę rezerw obowiązkowych, a maksymalna możliwa ilość pieniądza w obiegu zmniejszy się - o tyle trudniej jest ją zwiększyć. Podwyżka stopy rezerwy w faktyczny sposób zmniejsza więc ilość dostępnego pieniądza, ale ich obniżka tylko potencjalnie prowadzi do jego zwiększenia. Aby faktycznie pieniądz powstał, ktoś musi jeszcze chcieć wziąć kredyt. Opuszczamy więc definitywnie pole ekonomii w klasycznym rozumieniu tego słowa i wkraczamy na teren ekonomii libidalnej. Jak wielokrotnie powtarza Slavoj Žižek, fundamentalne pytanie Lacanowskiej psychoanalizy to "Skąd wiemy, czego mamy chcieć?". To jest dokładnie to samo pytanie, które poprzez mechanizm długu zadaje nam współczesny kapitalizm: "Che vuoi?". Dzięki kredytom kapitalizm kolonizuje nasz świat przeżywany, nasze pragnienie i naszą nieświadomość. Po to, aby kapitalizm dalej istniał, musimy ciągle chcieć, ciągle pragnąć, i to pragnąć rzeczy, których nie możemy po prostu kupić za zaoszczędzone pieniądze, ale raczej tych, których posiadanie zmusza nas do zaciągnięcia kredytu. Konsumpcja jest więc nie tylko warunkiem produkcji w całkiem zdroworozsądkowym sensie. Jest również warunkiem warunku możliwości produkcji - obiegu pieniądza. Dlatego właśnie tak doniosłe znaczenie ma to, co Jeffrey Williams nazywa "pedagogiką długu"[10], a Maurizio Lazzarato "produkcją człowieka zadłużonego" - współczesny kapitalizm jest systemem biopolitycznym, ponieważ aby istnieć, musi kształtować naszą podmiotowość w taki sposób, abyśmy byli dobrymi kredytobiorcami: rozpasanymi, ale zdyscyplinowanymi, wybujałymi, ale skrupulatnymi, chętnymi nie tylko do konsumpcji, ale też do pracy, aby spłacić długi zaciągnięte na konsumpcję.
Ekonomia libidalna, jako łącznik między rzeczywistością a widmem, pozwala uchwycić trzecią kwestię - fantomową naturę pieniądza, a razem z nim całego bogactwa, które nas otacza. Jak pisałem wcześniej, współczesny reżim produkcji miękkiego pieniądza różni się od wszystkiego, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia w historii. Jest on paradoksalną próbą zarządzania widmem, i do tego widmem rozproszonym, ponieważ generowanym przez dziesiątki milionów drobnych i indywidualnych wydarzeń - decyzji zaciągnięcia kredytu. Zarządzanie owo odbywa się właśnie poprzez określoną konstrukcję podmiotowości, czy też - aby użyć innego języka - jest oparte na działaniu prywatnych i państwowych aparatów ideologicznych[11], poprzez które jednostki interpelowane są do tego, aby stać się rzetelnymi i spolegliwymi dłużnikami. W tym właśnie sensie pieniądz, czyli dług, jest organizacją rozkoszy Innego, służy bowiem przede wszystkim celom systemu, którym podporządkowane są indywidualne podmiotowości. Skutecznie przeciwdziała też wszelkim działaniom wywrotowym. Niewiele rzeczy równie skutecznie zniechęca do stania się rewolucjonistą, co kredyt hipoteczny zaciągnięty na 30 lat.
Paradoks systemu rezerw częściowych polega na tym, że łączy on pieniądz fiducjarny - czyli oparty na wierze (łac. fides) - z próbą wsparcia go czymś więcej niż tylko arbitralną wolą władcy lub grupy biurokratów, jak zawsze wcześniej miało to miejsce przy okazji emisji fiat money. Tym wsparciem nie jest jednak żadna istniejąca realnie i aktualnie wartość (czyjś majątek, pieniądze lub towar) ani nawet nie samo zaufanie pokładane w danej jednostce - dlatego nazwa fiducjarny jest nieco myląca - ale rodzaj fantazmatu a rebours: czas przyszły dłużnika. Podpisując skrypt dłużny, zobowiązuje się on jednocześnie, że wykona pewien scenariusz (wygeneruje określoną ilość bogactwa, które trafi do kredytodawcy), dzięki czemu może spełnić swoje pragnienie natychmiast, a nie dopiero wtedy, gdy ów scenariusz się zrealizuje (a tak brzmi klasyczna definicja fantazmatu: wyobrażony scenariusz, w którym podmiot występuje w roli głównej i którego realizacja prowadzi do zaspokojenia pragnienia[12]). Kredyt stanowi więc - w perspektywie ekonomii libidalnej - instrument do regulowania fantazmatu, który to fantazmat perwersyjnie zredefiniowany dzięki sile kapitału, jest jednym jedynym gwarantem wspierającym pieniądz.
Mechanizm kredytu jako odwróconego fantazmatu sprawia, że przyszłość staje się źródłem obecnego bogactwa. Odsłania to widmową istotę współczesnego pieniądza oraz całego bogactwa, które gwarantuje. Jest ono widmem pochodzącym z przyszłości. Kapitalizmowi udało się coś, co pozostaje jak na razie tylko marzeniem autorów science- fiction: przeniesienie bogactwa z przyszłości do teraźniejszości. Cały nasz materialny świat zbudowany dzięki pieniądzom opartym na długu jest światem z przyszłości. Nasze bogactwo nie odpowiada wcale naszemu obecnemu stanowi realnego posiadania, ale stanowi przyszłemu, który będzie dopiero faktem, gdy na nie zapracujemy, czyli spłacimy kredyt. Żyjemy w fantomowym świecie, w urojonym preview naszych własnych egzystencji z przyszłości, która już nadeszła. Okazała się jednak widmem.
--------------------
1. Zob. Modern Money Mechanics. A Workbook on Bank Reserves and Deposit Expansion, Federal Reserve Bank of Chicago, [Chicago b. r.], s. 2.
2. Zob. tamże, s. 3.
3. Zob. np. M. Janion, Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencjach ludzi i duchów, Warszawa 1991, oraz J. Sowa, Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą, Kraków 2011.
4. Zob. N. Lewis, Gold: The Once and Future Money, Hoboken 2007, s. 42.
5. Zob. np. T. Durden, Utah Pushes To Accept Gold, Silver As Alternative Currency, "Zero Hedge", 3.3.2011, http://www.zerohedge.com/article/utah-pushes-accept-gold-silver-alternative-currency.
6. F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka, kapitalizm, t. 3: Gry wymiany, przeł. J. i J. Strzeleccy, Warszawa 1992, s. 75.
7. Cyt. za: H. C. Percy, Our Cashier's Scrap-Book; Being Bank Notes, New and Old, for General Circulation: A Portfolio of Bank Anecdotes Andand Incidents, New York 1879, s. 182.
8. Zob. Ch. Marazzi, The Violence of Financial Capitalism, New York 2010 oraz M. Lazzarato, La Fabrique de l'homme endetté. Essai sur la condition néolibérale, Paris 2011.
9. Zob. M. Lazzarato, La Fabrique, de l'homme endetté, dz. cyt., s. 86.
10. J. Williams, The Pedagogy of Debt, w: The Edu-factory Collective, Toward a Global Autonomous University, New York 2009, s. 89-96.
11. Zob. L. Althusser, Ideologie i aparaty ideologiczne państwa, przekł. A. Staroń, "Nowa Krytyka", http://nowakrytyka.pl/spip.php?article374
12. Zob. np. J. Laplanche, J.-B. Pontalis, Słownik psychoanalizy, tłum. E. Modzelewska, E. Wojciechowska, Warszawa 1996, s. 52.

JAN SOWA (1976) studiował filologię polską, filozofię i psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz na Uniwersytecie Paris 8 w Saint-Denis. Doktor socjologii. Wspólnie z Piotrem Mareckim Fundator Fundacji Korporacja Ha!art. Obecnie Przewodniczący Rady Fundacji i redaktor "Linii Radykalnej". Jest też współtwórcą Spółdzielni Goldex Poldex. Pracował jako dziennikarz w Polskim Radiu i kurator w galerii Bunkier Sztuki w Krakowie. Jest autorem i redaktorem kilku książek z zakresu psychologii, socjologii i krytyki społecznej. Wydał zbiór esejów Sezon w teatrze lalek (2003) i książkę Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna (2008). Opublikował kilkadziesiąt tekstów w kraju i za granicą, między innymi w "Ha!arcie", "Praesens", "Lampie", "Obywatelu", "Krytyce Politycznej", "Gazecie Wyborczej", "Zielonych Brygadach" i magazynie "2+3D". Pracownik naukowy Instytutu Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego.