Paweł Dunin-Wąsowicz
O WIDMOWEJ BIBLIOTECE

Agnieszka Kurant nazwała w 2011 r. swoją kolekcję powołanych do istnienia jako artefaktów zmyślonych książek Widmową biblioteką, powtarzając tytuł mojej książki napisanej czternaście lat wcześniej. Pewien czytelnik oświecił mnie niedawno, że w polskiej teorii literatury istnieje specjalny termin określający przedmiot naszych zainteresowań, o czym wcześniej w ogóle nie wiedziałem, bo zbierałem swoje nieistniejące książki niejako na oślep. Otóż we wstępie do Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków, XVIII-wiecznej powieści Ignacego Krasickiego wznowionej w 1975 r., Mieczysław Klimowicz pisze, że "Ciekawą funkcję pełnią [w powieści] odwołania się i aluzje do literatury w utopii nipuańskiej. Jest to tzw. literatura skonstruowana" (s. LII). Po czym przechodzi do charakterystyki tego terminu, którą bierze z książki A. Cieńskiego, Problematyka stylistyczna >Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków< (Wrocław 1969). Poniższy cytat pochodzi z tej właśnie książki: "Terminem tym [...] proponujemy oznaczyć te utwory literackie włączone do własnego dzieła, co do których autor sugeruje, że istniały naprawdę, gdy w rzeczywistości są one utworami wyimaginowanymi, których historia literatury nie zna, gdyż nigdy nie istniały. Jest to chwyt często spotykany w powieściach o pisarzach i poetach (fikcyjnych) lub w powieściach biograficznych, znają go jednak wszystkie rodzaje powieści" (s. 30).
Zbierałem swoje książki nieistniejące jak maniakalny kolekcjoner, pragnący pochwalić się przed światem - którym byli potencjalni czytelnicy katalogu mojego zbioru - zapewne aby się pochwalić oryginalnym hobby - tak to dziś postrzegam. Cóż to bowiem za pasja, jeśli zbiera się powszechnie dostępne znaczki pocztowe, modele kolejek a w szczególnym przypadku platerowane naczynia stołowe z nieistniejących już warszawskich fabryk (których nazwiska założycieli przeszły dawno do miejskiej legendy - Henneberg, Fraget, Norblin... i same zresztą stają tematem fantastycznej literatury jak w przypadku tegorocznej książki Andrzeja Pilipiuka Aparatus)? Szczególną cechą mojej kolekcji był też fakt, że zbierane w niej obiekty nie istniały, zatem nie ponosiłem kosztów związanych z wchodzeniem w ich posiadanie - o kolejnych mogłem czytać choćby w bibliotece publicznej przy ulicy Koszykowej w Warszawie. Z drugiej strony nie umiałbym swoich zbiorów książek nieistniejących nazwać bezwartościowymi - miały dla mnie wartość czasu, jako poświęciłem na do cieranie do informacji o poszczególnych pozycjach, w miarę precyzyjne opisy, wreszcie ewentualną weryfikację. Kiedy porwałem się na wydanie mojej Widmowej biblioteki w 1997 r. jako książki, internet w Polsce dopiero raczkował. Nie było wtedy ani Wikipedii, ani komputerowego katalogu warszawskiej Biblioteki Narodowej, pewne więc, że przez pomyłkę do dzieł zmyślonych zakwalifikowałem wtedy jakieś utwory istniejące naprawdę.
Dziś jestem z tamtej mojej publikacji trochę dumny - zawierała wiadomości o około pięciuset widmowych książkach - a jednocześnie powinienem się jej wstydzić. Rozpoczynając katalogowanie myślałem, że wyznaczę jakiś podstawowy kanon, że moje dzieło będzie miało uniwersalny charakter. Bo pamiętałem o encyklopedii z opowiadania Jorge Luisa Borgesa, bo wyliczałem dzieła opisujące Solaris z powieści Stanisława Lema (choć świadomie pominąłem recenzje i wstępy zmyślonych książek z Wielkości urojonej i Doskonałej próżni tegoż autora - kiedy na półtora roku przed jego śmiercią dzięki protekcji profesora Jerzego Jarzębskiego mogłem złożyć Lemowi wizytę, tłumaczyłem, że będąc wiernym zawierania w mym katalogu maksymalnie obszernych opisów "widmówek" musiałbym właściwie przepisać obie te książki). Innymi słowy wierzyłem w obiektywny charakter mojej pracy, pisząc wstęp wyrażałem pogląd, że gdybym pisał wyłącznie o własnych przypadkowych lekturach nie byłoby to wcale ciekawe dla czytelnika.
Od dawna nie mam już tamtej ówczesnej wiary. Pisząc o moim dziele w "Nowych Książkach" Jan Gondowicz niczym iluzjonista z rękawa, obficie sypnął tytułami, które jego zdaniem szanujący się czytelnik znać powinien, a ja oczywiście nie znałem. Jakiejż też konfuzji mogłem doznać, gdy profesor Henryk Markiewicz życzliwie odpowiadający w związku z przesłanym mu egzemplarzem Widmowej... uświadomił mnie, że nie pamiętałem nawet Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, w którym także można uświadczyć zmyśloną książeczkę. Poległem jako erudyta i potencjalny literaturoznawca. Mój katalog zmyślonych książek stał się aktem oskarżenia - dowodem w sprawie, jakich prawdziwych książek nie czytałem. Z drugiej jednak strony jest to zarazem dość ciekawa książka o mnie samym i lekturach moich rówieśników. O tym, że obok Huxleya i Orwella obowiązkowo musiały pojawić się książki Niziurskiego, Pagaczewskiego z jego Baltazarem Gąbką i komiksy o Tytusie, Romku i A'tomku Papcia Chmiela czyli Henryka Jerzego Chmielewskiego. A z mojej ukochanej siódmej księgi "Tytusa" zmyślone pozycje, które Tytus sam sprezentował sobie jako nagrody na zakończenie roku szkolnego, w którym zdarzyła mu się poprawka z geografii. Jestem przekonany, że dla chłopaków urodzonych na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia nic nie znaczą dziś dzieła Emanuela Goldsteina, zmyślone przez Orwella na potrzeby powieści 1984, bo tamten koszmar się nie spełnił, ale nawet zerwani nagle ze snu w nocy wyrecytują bez namysłu t a m t e tytuły Rewolwerowiec kontra pistoletowiec, Monster i Tarzan w Puszczy Kampinoskiej. Szczególnie ten trzeci, z podobizną łysego troglodyty w zwierzęcej skórze na okładce za nic nie daje mi się wymazać z pamięci. Komiks traktowałem jeszcze jako literaturę, nie próbowałem za to tropić książek widmowych występujacych w filmach fabularnych np. Dymie wg Paula Austera. Jeśli mój katalog obejmował Księgi Prospera to nie na podstawie filmu Petera Greenewaya lecz tekstu przedrukowanego niegdyś w polskim tłumaczeniu przez "brulion".
Niebawem po wydaniu mojej Widmowej... dowiedziałem się, że nie jestem na świecie z moim hobby jedyny - w USA siedzi taki jeden Brian Quinette, który na stronie invisiblelibrary (bodaj taka jej była nazwa) również kataloguje nieistniejące książki, choć poprzestaje na autorach, tytułach no i oczywiście źródłach w postaci książek realnych, a wszystko w regularnych tabelkach bazy danych. Co więcej, na swojej stronie umieścił (a było to już w roku 2000) liczne teksty omawiające widmowe książki z szeroko pojętej historii literatury. Liczba odnotowanych pozycji była zbliżona do tej zgromadzonej przeze mnie, jednak z oczywistych względów nasze zbiory pokrywały się w bardzo niewielkiej mierze - co najmniej połowę mojej kolekcji stanowiły płody polskiego piśmiennictwa, z którego Quinette miał sposobność znać tylko niektóre książki Stanisława Lema. Kontakt ze stroną invisiblelibrary i kilka e-maili jakie wymieniliśmy uświadomiły mi, że po pierwsze uniwersalna widmowa biblioteka jest niemożliwa, a po drugie widmowe biblioteki rządzą się prawami wszelkich prywatnych księgozbiorów, wśród których nie znajdziesz dwu identycznych, bo każdy czytelnik i każdy bibliofil jest inny. Natomiast porównując wypożyczalnie powiatowych bibliotek publicznych czy biblioteki szkolne znaleźlibyśmy niewiele różniące się między sobą komplety lektur obowiązkowych i modnych bestsellerów. Gdyby tworzyć taką podstawową podręczną widmową biblioteczkę publicznego użytku cóż mogłoby się w niej znaleźć? Hrabia czyli tajemnica zamku Birbante Rokka z najsłynnieszego poematu Adama Mickiewicza, broszura dr. Szumana o włosach ludzkich (wydana nakładem własnym autora) z Lalki Bolesława Prusa, może liczne powieści Adama Nagórskiego i innych bohaterów Miazgi Andrzejewskiego, zapewne Historia Solaris Eugela i Hughesa z Solaris Lema... Ale pozostając w kręgu rodzimej literatury trudno wyobrazić sobie obecność w takim przybytku pozycji występujących w bibliografii Wstępu do imagineskopii Śledzia Otrembusa Podgrobelskiego (właśc. Stanisława Moskala), satyrycznego dziełka wyśmiewającego pseudonaukę. Choć może gdyby to była biblioteczka afiliowana przy technikum gastronomicznym, to pojawiłyby się w niej Sto potraw z ziemniaków Leona Pyrskiego wzmiankowane przez Otrembusa czy Jak jeść, żeby się nie przejeść dr. Koyota - pióra jednego z bohaterów Porwania Baltazara Gąbki Stanisława Pagaczewskiego (trzeciego obok Smoka Wawelskiego i kucharza Bartoliniego Bartłomieja h. Zielona Pietruszka uczestnika wyprawy ratunkowej w wersji książkowej, pominiętego jednak przy realizacji serialu animowanego).
Rozszerzałem swoją Widmową bibliotekę przez ponad dziesięć lat po jej pierwszej książkowej edycji, korzystając zresztą z not jakie na podstawie swoich lektur podsyłali mi znajomi - byli wśród nich m.in. prozaik Krzysztof Varga oraz poeta Marcin Świetlicki. W pewnym momencie ci ostatni namnożyli widmówek wprowadzając je także do własnej twórczości pisarskiej. W następnym pewnym momencie gromadzenie nieistniejących książek przestało mnie bawić. Zorientowałem się, że nigdy nie ogarnę ogromu fikcyjnych tytułow istniejących choćby w beletrystyce dostępnej po polsku. Być może należałoby powołać Wielką Redakcję Nieistniejącego, która tworzyłaby właśnie zbiory specjalizowane? Choćby widmowej literatury gastronomicznej z dziełami doktora Koyota i Pyrskiego na czele, czy może książek będących zakamuflowanymi dla żartu poniekąd realnymi pozycjami. Tak jak dorobek grupy poetów związanych na początku lat 90. XX w. z pismem "brulion" detalicznie parodiowany przez Marcina Świetlickiego i Grzegorza Dyducha w powieści Katecheci i frustraci (wydanej pod pseudonimem Świeduchowska). Albo wcześniejszy przykład - książki Jana/Hansa Haukego w Drodze do Urzędowa, gdzie Melchior Wańkowicz przydał im pewne treści zawarte przedstem w jego własnym wielkim reportażu Na tropach Smętka. Albo książki Konopki z Miazgi Andrzejewskiego, w których można rozpoznać dzieła Bohdana Czeszki.
Jest zasadnicza różnica pomiędzy moim hobby a pracą Agnieszki Kurant. Nasze zbiory - mój istniejący tylko jako katalog i jej spreparowany poprzez realizację kilkuset okładek i obłożenie nimi odpowiednich bloków papieru - mają tylko kilka punktów stycznych. Jako że zdecydowała się na język angielski dla swej pracy, przypuszczam, że wierzy ona w uniwersalizm swego artystycznego przesłania - z pewnością nie jest to jej biblioteka osobista, bo w takiej znajdowałyby się jednak książki po polsku. Ale też ona pierwsza przeniosła fikcję do rzeczywistości kompletując tak obszerny księgozbiór.
Warto tu przy okazji zauważyć, że pojawiały się w historii inne momenty przenikania zmyślenia i rzeczywistości. Amerykański pisarz Kurt Vonnegut powołał w 1965 r. do papierowego życia autora-nieudacznika nazwiskiem Kilgore Trout, który przez trzy dekady występował w wielu jego utworach (w jednym z ostatnich tłumaczeń autor polskiego przekładu postawił przetłumaczyć również nazwisko, które brzmiało w tym przypadku Pstrąg Zabijucha). W 1975 r. inny autor SF Philip Jose Farmer postanowił wypożyczyć od Vonneguta to nazwisko używając go jako własnego pseudonimu, w ten sposób na rynku pojawiła się powieść Kligore'a Trouta Venus on the Half-Shell. Innym przypadkiem - choć jak sądzę o bardziej merkantylnych korzeniach - było wydanie jednej z książek istniejących pierwotnie jako fikcyjny tytuł w universum Harry'ego Pottera - pozycja ta ukazała się na fali wielkiej popularności cyklu powieści J.K. Rowling także w polskiej wersji językowej.
Warunkiem odnotowania przeze mnie książki w Widmowej bibliotece było istnienie danego tytułu w rzeczywistości utworu literackiego w postaci fizycznej - drukowanej bądź rozpowszechnianej kopii rękopiśmiennej w epoce przedgutenbergowskiej. Kryterium stanowiło właśnie pojawienie się utworu w obiegu czytelniczym - nawet jeśli sprzedało się niewiele egzemplarzy (np. 153 w przypadku zbioru wierszy Myszy autorstwa Gordona Comstocka z powieści Orwella Wiwat aspidistra) czy też wizja przyszłości zakładała inne formy rozpowszechniania. Czasem są to eksperymenty całkiem niewinne - w Powieści Jamesa Michenera występuje utwór Timothy'ego Tulla Kalejdoskop rozpowszechniany w postaci 256 stron bez numeracji zapisanych sześcioma krojami komputerowego pisma na ukos, do góry nogami albo bokiem opakowany w gustowne pudełko (miało się sprzedać aż 27 tysięcy takich boksów)
Ale w Kongresie futurologicznym Lema w roku 2039 Ijon Tichy przyswaja treść Historii inteelektrycznej poprzez przewód pokarmowy, trawiąc zawartość płynu z trzech fiolek, która to treść przenika do mózgu bez pośrednictwa wzroku. Poniekąd hołd Lemowi złożyli w wydanym w 2004 r. komiksie Esencja Krzysztof Gawronkiewicz i Grzegorz Janusz, powołując do życia postać Aptekarza, który po utracie wzroku właśnie w płynnej postaci wprowadzał do organizmu odpowiednio spreparowane lektury (biblioteczka pojawiająca na obrazku składa się z pojemników zawierających Solaris, Ubika, Wehikuł czasu, Pachnidło i Mechaniczną pomarańczę)
Pomijałem manuskrypty, które nie zaistniały w obiegu czytelniczym. Choć i one mogą sprawiać pewne problemy - przykładowo w powieści Mesjasz ze Sztokholmu Cynthii Ozick domniemany wnuk Brunona Schulza czyta cudem ocalony tekst legendarnego Mesjasza. Ale autorka nie wyjaśnia, czy jest to oryginał czy podróbka. Czy rzecz zaginona w realu ale kiedyś w nim prawdziwa jest książką widmową jeśli istnieje w fikcji? Sytuacja powtarza się z drugą księgą Poetyki Arystotelesa w Imieniu róży Umberto Eco. We wstępie do Widmowej biblioteki nazywałem je upiorami zamordowanych książek.
W pewnych wypadkach odnotowywałem kuriozalne edycje książek poniekąd autentycznych. Nikt nie wmówi mi, że miał w rękach pozycję Pięść. Jedna tragedia pióra Jana Wilkołaza Goethe w polskim tłumaczeniu J. Zycha wydaną w Meksyku w 1976 roku! A przecież powołuje się na nią Otrembus. Zdarzały się też przypadki szczególne, kiedy książki zmyślone dynamicznie ulegały przemianom - tak działo się ze zmieniającym treść egzemplarzem Lukrecjusza O naturze wszechrzeczy oprawnym w skórę marsjańskiego futrzaka w pewnym opowiadaniu Philipa K. Dicka, tak dzieje się ze zmieniającą swój tytuł księgą z powieści Aleksandra Kościowa Świat nura. Jak oddać to w pracy z zakresu sztuk wizualnych? Cóż też począć z książką nieistniejącą niejako podwójnie? Znam taki przypadek w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. Oto Peter Stillman w Ogrodzie i wieży cytuje broszurę Henry'ego Darka Nowa wieża Babel. Potem w rozmowie z Quinnem Stillman przyznaje, że broszurę Darka sam wymyślił.
A co z Powieścią o Polsce, którą widzi jedynie w swoim śnie jako książkę autorstwa swego imiennika tytułowy bohater Pokolenia Marka Świdy Andrzeja Struga? W jakim stopniu istnieje, skoro także nie istnieje? A jak zobrazować liczne książki z powieści Italo Calvino Jeśli zimową noca podróżny, których szczególna rola polega na funkcjonowaniu ich jako pomyłek, nie wiadomo która jest właściwa? Myślę, że dla Agnieszki Kurant mogłoby to stać się dodatkowym wyzwaniem - czy wszystkie potraktować na równych prawach, no bo czy książka zmyślona w fikcyjnej rzeczywistości może stanąć na tej samej półce, co w tej fikcji istniejąca?

PAWEŁ DUNIN-WĄSOWICZ (1967) jest publicystą, krytykiem literackim, wydawcą. Studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Szef wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, redaktor naczelny czasopisma Lampa. Autor książek: Widmowa biblioteka. Leksykon książek urojonych (1997), Oko smoka. Literatura tzw. pokolenia bruLionu wobec rzeczywistości III RP (2000); wydawca Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej. Recenzował książki i komiksy m.in. w "Życiu Warszawy", "Machinie", "Przekroju", a także w programie TVP1 "Dobre książki".